Pokazywać tylko, czy także walczyć o jej ochronę?
Gdy Joanna - twórczyni Festiwalu Filmów Przyrodniczych im. Braci Wagów, zaprosiła mnie bym towarzyszyła jej podczas wyjazdu do Chanty-Mansijska na syberyjski festiwal, serce mi się rozerwało. W tym samym terminie miał przyjechać do nas, nad Biebrzę, sam unijny komisarz do spraw środowiska, w którego wizycie miałam brać udział. Nikt ważniejszy chyba nie mógłby nas zaszczycić! Z nikim innym nie można by było "załatwić" więcej dla przyrody! Nie mając odwagi odmówić Joannie, a z drugiej strony wierząc w cuda, czekałam na potwierdzenie przyjazdu komisarza. Na 5 dni przed wyjazdem do Rosji, gdy sprawa wydawała się już przesądzona, wizyta komisarza została przełożona! Dzięki przychylności losu udało się uzyskać wizę w ostatnim momencie.
Plecaki spakowane, paszport w ręku, lotnisko. Joanna nie zostaje wpuszczona na pokład samolotu! Jej "wiza" to nie wiza tylko zaproszenie - nie uprawnia do wjazdu do Rosji! Pechowiec i Góral (czyli mój mąż Krzysztof Górski) zostają na Okęciu, zmieniają bilet na następny dzień, by Joanna zdążyła oczarować konsula Orła i zdobyć prawdziwą wizę. Lecę sama! Góral jest przerażony. Nie znam osoby, u której mam się zatrzymać w Moskwie. Nie znam rosyjskiego. Nie znam Moskwy i nie wiem gdzie ten Chanty-Mansijsk. Nie wiem co Joanna by chciała, abym opowiedziała o naszym festiwalu. Czy uda jej się do mnie dołączyć?
Kolejne 2 dni spaceruję po Starym Arbacie, Placu Czerwonym, zapalam pachnące woskowe świeczki przed Ikonami w cerkwiach i chichoczę pod nosem. Co ja tu robię? Dobrze mi w Moskwie. Gala jest pierwszym spotkanym Aniołem. Odbiera z lotniska. Przychyla mi nieba swego mieszkania nieopodal centrum Moskwy, opowiada gdzie pójść, która stacja metra najpiękniejsza, że jej Zaułek już nie jest zaułkiem, a kiedyś tu były drewniane chatki. Teraz pod oknem biegnie 4-pasmowa droga. I co? Okazuje się, że co nieco jeszcze po rosyjsku pamiętam z ogólniaka! Miło nam się rozmawia. Wsio charaszo, wsio oczeń charaszo.
Lot z Moskwy nad Irtysz spędzam z nosem przy szybie. Lasy, lasy, bagna, bagna, lasy, o jakaś droga i miasteczko, lasy, bagna? Pode mną jedno płuco naszej Planety. Drugie po przeciwnej stronie globu. Żadne z nich bezpieczne. Tu, choć bezkres zieloności zapiera dech w piersiach, z głębi ziemi pompuje się miliony litrów ropy i gazu ziemnego. Rurociągi tłoczą je we wszystkie strony Imperium. Jak się okaże za chwilę - za pieniądze naftowych potentatów buduje się takie miasta jak Chanty-Mansijsk i organizuje festiwale jak ten, na który lecę. Mój towarzysz podróży z samolotu - Oleg - opowiada jak ciężko było przetrwać w Moskwie ubiegłe lato, gdy wokół płonęły torfowiska i lasy. - Jaki jest zatem Wasz pomysł na globalne zmiany klimatu? - pytam. Trzeba zmienić klimatyzację na lepszą, bo stara nie daje już rady - śmieje się Oleg.
Lądujemy o drugiej w nocy. Jest dość - jasno. Białe noce! Czekają na nas kolejne Anioły. Od jutra okaże się jak prawdziwi z nich Stróże.
Festiwal rozpoczynają fantastyczne obrazy z Sachalina, Kazachstanu, Sajanów. Filmy tyle piękne, co przerażające. Masowe kłusownictwo na pstrągi w sachalińskich rzekach i syzyfowe zmagania ich obrońców. Podobnie z sajgą (suchakiem) trzebioną przez kłusowników na kazachskich stepach i patrolach ścigających bandytów w ekstremalnych warunkach. Jezioro w Iranie - rajski krajobraz ostoi Ramsar. Niestety już nie długo: jezioro zanieczyszczają okolice miasta, rozprzestrzeniają się obce gatunki zagrażające trwałości ekosystemów jeziora, no i jeszcze budowa potwornej drogi. Ostoja Ramsar? - pytam twórców filmu - Jak takie zniszczenia są tu możliwe? Spuszczają głowę: u nas nikt się tym nie przejmuje. Nie kryję oburzenia.
Inne filmy opowiadają o brzydkich kaczątkach, wronach. Też ładne.
Ciężko mi się znaleźć na wycieczce, gdzie jedną z atrakcji jest karmienie niedźwiedzia Stefana skondensowanym, słodkim mlekiem w puszkach. Stefan oczywiście w klatce. Za małej dla Króla Tajgi. Nie podchodzę. Za szczęście dobre wrażenia ratuje niezapomniane spotkanie z Chantką lub Manską (chyba nikt ich nie odróżnia) i jej gardłowe pieśni o duchach opiekuńczych drzew i zwierząt. Potem piknik na wysokiej skarpie z rozległym widokiem na rozlewiska Obu. Nasza Biebrza to liliput przy nim.
Nie mają tu powodów martwić się o lasy i wody. Mają ich pod dostatkiem. Wyzwaniem jest przetrwanie wśród surowej przyrody. Zimą temperatura spada poniżej -40 C. W sklepach pojawiły się walonki w kolorach tęczy. Każda dama dobierze odpowiednie pod kolor torebki. Lepszych butów na mrozy nie ma. Rolę miejskich parków pełnią wdzierające się w osiedla jęzory lasu. - Podczas wielomiesięcznej zimy zwariowalibyśmy patrząc tylko na biel śniegu, którzy wszystko przykrywa. Odrobina zieleni i kolory budynków ratują samopoczucie - tłumaczy jeden z naszych aniołów. Faktycznie budynki są śmiało różnobarwne i do tego większość z tych znakomitszych, kolorowo podświetlona po zmroku. Czyli zimą pewnie całą dobę. Nie tylko ludzie nauczyli się tu żyć. Taki ziemniak - odmiany chanty-masijskiej - potrafi w ciągu krótkiego lata wydać bulwy, które potem świetnie się przechowują przez długą syberyjską zimę.
Tak, nie muszą się martwić o lasy, wody, ryby dla siebie. Z perspektywy Europejki wygląda to trochę inaczej. Tam, daleko na wschodzie, poczułam się równie uboga w przyrodę jak na przykład Holendrzy czy Brytyjczycy. Mieszkańcy Syberii - mam wrażenie - nie zdają sobie sprawy jak są bogaci! Jak hojnie obdarzyła ich Matka Natura. Życzę im odpowiedzialności za nią. A nam, biedakom z rozwiniętej Europy, by starczyło nam do szczęścia naszych parczków narodowych. Inaczej, będziemy musieli się wszyscy podzielić dostępem do Płuc Ziemi.
Joanna chce pokazywać filmy o przyrodzie. Mi za mało w nich elementów edukacyjnych, docierania do sumienia ekologicznego widzów, apeli o ratowanie przyrody. Filmy o zagrożeniach przyrody, o jej ochronie nie są miłe. Są przerażające, lub co najmniej przygnębiające. Ale poruszają emocje. Otwierają oczy na problemy wokół nas. Sprawiają, że chce się działać. I dobrze, jeśli podpowiadają co można zrobić. Najpierw trzeba ocalić, a potem chronić. Żeby mieć co pokazywać. Żeby mieć co oglądać. I czym oddychać.
Dlatego chciałabym, aby nasz biebrzańsko-narwiański festiwal wzbogacił się o ten wymiar ochroniarski. Czy się uda? Okaże się już podczas najbliższego spotkania filmowego na szlaku przelotów Atlantyk-Syberia. Zaczniemy od programów, które Joanna przywiozła z Chanty-Mansijska.
Mam nadzieję, że nasze syberyjskie Anioły będą mogły wziąć udział w tej - inspirowanej wizytą w ich raju na Ziemi - premierowej sesji filmów, a nawet krótkich telewizyjnych informacji o ochronie przyrody "Ocalić i chronić".



